28/06/2026
Dzisiaj trochę inaczej.
Zwykle nie piszę o pracy.
Dziś o kuchni. O tej, z której tak bardzo czasami chcę wyjść.
O tej, o której mało kto wie.
Bo większość ludzi było w restauracji więcej niż raz w życiu, ale jak ktoś nie pracował w gastro, to kuchnię restauracyjną mógł widzieć jedynie w telewizji.
Mało kto wie, że restauracja jest jak żywy organizm.
Wchodzisz. Widzisz elegancki wystrój. Na stolikach białe obrusy, wita Cię kelner, za barem barman. Na półkach drogie alkohole.
Kelner prowadzi Cię do stolika i dostajesz Menu. Na sali gwar. Goście jedzą i piją. Jedni coś świętują, inni przyszli po prostu na kolację.
Wybierasz danie, coś do picia, czekasz.
Otacza Cię miła atmosfera, widzisz jak wszyscy pracują.
Do któregoś stolika kelner podał tort, a goście przy nim śpiewają "sto lat".
Dostajesz swoje danie. Wszystko jest pyszne. Cieszysz się smakiem, myślisz o tym, że kelner idealnie doradził jakie wino będzie dobrym wyborem i zastanawiasz się, czy skusić się na deser.
A co tam. Dzisiaj czujesz się wyjątkowo. Możesz sobie pozwolić. Jest tak miło, że nie chce się wychodzić
Po skończonym deserze prosisz o rachunek.
Płacisz, zostawiasz napiwek i wychodzisz. Może jeszcze tu wrócisz, a może nie.
Może będziesz miło wspominać to miejsce wśród znajomych.
Na pewno nie wiesz, że w kuchni stoczyła się wtedy "mała bitwa"...
Bo kiedy na sali każdy wieczór musi wyglądać jakby był wyjątkowy, kuchnia to zupełnie inny świat.
Tu nie zawsze wszystko jest idealnie. Tu czasami coś pójdzie nie tak. Tu wychodzi bon za bonem. Tu trzeba ogarnąć wszystko czasami w ekstremalnym tempie, przy ekstremalnych temperaturach i przy ekstremalnej presji czasu.
Tu kucharze każdego dnia uczą się, że jeszcze coś może zaskoczyć, że coś można zrobić jeszcze szybciej, albo że czasami trzeba znaleźć rozwiązanie na problem nie do przeskoczenia.
Tu się okazuje, że nienaprawialne da się naprawić, a niemożliwe staje się możliwym.
Tu nauczyłam się pokory, cierpliwości i przekonałam się, że w odpowiednich warunkach każdy potrafi mieć supermoce i da się wszystko przeżyć.
Tu nauczyłam się co znaczy zespół. Bo restauracja bez zespołu nie ma prawa istnieć.
Wystarczy, że wyłamie się jeden trybik w tej maszynie i miły wieczór może stać się koszmarem.
Tu (mimo, że ich nie widać) kucharze dają z siebie wszystko, żeby każdy talerz wyszedł idealny, a goście wychodzili zadowoleni.
Tu nie ma miejsca na potyczki, że ktoś coś zrobił lepiej. Tu nawet jeżeli jest zgrzyt, to pracuje się dalej najlepiej jak się potrafi. Czas na wyjaśnienia jest po serwisie.
Tu najważniejsza jest komunikacja, ale Tu też trzeba wiedzieć co znaczy każde spojrzenie szefa gdy nie ma czasu na słowa.
Tu bez współpracy każdy by utonął.
"TU" to jest kuchnia. Nie ta jedna. Wszystkie, przez które przeszłam przez lata. W każdej jest trochę inaczej, ale w każdej jest tak samo.
W każdej trzeba grać do tej samej bramki.
Po latach sobie myślę, że trzeba być chyba wariatem, żeby to lubić.
Po nie jednym ciężkim serwisie miałam dość i mówiłam "koniec z tym", "w doopie to mam", "odchodzę".
A potem szef mówił "zajebyyście poszło", "wszyscy zadowoleni", "wszystko było pyszne", "dobra robota", "dziękuję".
Gdy serducho czuje satysfakcję, przestaje być skamieniałe. Lód się rozpuszcza, mięknie i co mu pozostaje? Szykować się do następnego serwisu. Do następnej bitwy. Może jutro, a może za tydzień. Zawsze jest następna.
Prawda jest taka, że to uzależnia. Z czasem w trakcie serwisu już nawet nie czujesz bólu drobnych oparzeń czy ran, bo prostu lecisz do przodu.
Zaczynasz czuć się w tym środowisku jak ryba w wodzie i w reszcie okazuje się, że nie możesz bez tego żyć, a zespół staje się "drugą rodziną", razem przeżywacie małe dramaty i szczęścia, sukcesy i porażki.
No i w końcu:
Ta tabliczka ze zdjęcia, jest ogromnym sukcesem. Tak wielkim, że ciężko mi ubrać go w słowa.
Może to jeszcze nie jest gwiazdka, ale coś, co pokazało nam, że wszystko jest możliwe.
To wieloletnia praca całej restauracji.
To wyróżnienie w przewodniku, o którym marzy każdy restaurator i szef kuchni.
To wyróżnienie "Bib Gourmand" przyznawane za znakomity stosunek jakości do ceny.
To początek, który trwał zapewne wiele lat i wstęp do kolejnych wieloletnich zmagań.
Na to zapracował Andrea i każdy kto przy nim był od samego początku.
Bo żeby dojść do takiego poziomu trzeba stoczyć chyba z milion takich codziennych bitew.
Bo to lata zmian, ulepszeń, smaków, błędów, porażek sukcesów.
To lata budowania zespołów.
Tego kucharskiego i tego kelnerskiego, żeby stały się jedną maszyną.
Ja mogę tylko powiedzieć, że cieszę się że stanęli kiedyś na mojej drodze i mogę z nimi współpracować.
Chciałabym podziękować:
Andrea Marsura i Mariusz Gasek
Za przyjęcie mnie do zespołu.
I Bartosz Mrozowski, Michał Dobosz, Domenico De Palma oraz Max Dziuba
Za niejedną bitwę stoczoną razem.
Życzę Nam wszystkim dalszych sukcesów, rozwijania się, wytrwałości i niustannego dążenia do lepszej jakości.
Wszystkiego dobrego ❤️
Nawet dali mi potrzymać tabliczkę 🤪🤣