13/05/2026
Wyjęłam dziś ze skrzynki zaproszenie na wesele i po początkowym chaosie sporządzania w głowie listy spraw organizacyjnych, zaczęłam się zastanawiać nad siłą tego jednego, konkretnego momentu.
Bo nawet jeśli na co dzień bywamy nieco cyniczni, to w chwili, gdy dwoje ludzi mówi sobie „tak”, większości z nas szklą się oczy.
Dlaczego tak jest?
Może dlatego, że w świecie, który stał się tak tymczasowy i na wyciągnięcie ręki, podświadomie szukamy stałości. Rytuały są nam potrzebne, żeby poczuć oparcie w czymś, co ma znaczenie i wyraźnie oddziela to, co było, od tego, co właśnie się zaczyna.
Przysięga nie jest przecież tylko formalnością. To publiczne ogłoszenie wyboru w czasach, w których tak trudno o ostateczne deklaracje.
I chyba dlatego nawet osoby, które deklarują, że nie wierzą w małżeństwo, często ukradkiem ocierają łzy przy przysiędze.
Wzrusza nas nie sama uroczystość, ale to, co ona reprezentuje, nadzieję, że można coś zbudować świadomie, zapuścić korzenie i obiecać sobie nawzajem obecność, niezależnie od tego, co przyniesie czas.
To właściwie moment, w którym na naszych oczach tworzy się nowa historia, a my stajemy się jej świadkami. Potrzebujemy tych symboli i wspólnego przeżywania, żeby poczuć, że w tych wszystkich życiowych przejściach nie jesteśmy sami. I że te wielkie słowa mają jeszcze swoją wagę.
Czy Wam też zawsze „coś wpada do oka” albo zaczyna się nagły atak alergii podczas przysięgi? 😉❤️