10/08/2026
Po zamknięciu sklepu ludzie wcale nie przestali przychodzić. Pamiętam, jak do drzwi naszego mieszkanka niemal codziennie pukali ludzie chorzy i często po wielu nieudanych próbach leczenia. Dziadek sadzał ich przy stole, długo z nimi rozmawiał, wyjmował swoje wahadełko, dobierał zioła i tłumaczył, jak je stosować.
Ludzie zawsze wracali. Opowiadali, że czują się lepiej i przyprowadzali kolejne osoby. Dla wielu mój dziadek był człowiekiem, któremu ufali.
Kilka miesięcy temu weszłam do sklepu zielarskiego w Dąbiu. Powiedziałam starszej pani za ladą, że jestem wnuczką Mariana, a one spojrzała na mnie i od razu powiedziała "Boże, pani dziadek mnie leczył, kiedy byłam w ciąży. Tak wiele mu zawdzięczam". To było prawie trzydzieści lat po zamknięciu sklepu.
Mój dziadek, Marian Lemke, był internowany za działalność przeciwko komunistycznym władzom. Po wyjściu z internowania zatrudniał w swoim sklepie również innych internowanych, żeby pomóc im wrócić do normalnego życia i stanąć na nogi bo sam wiedział, jak trudno było zacząć od nowa. Później też nagradzany medalami za tę samą działalność.
Problemy zdrowotne, z którymi zmagał się przez całe życie, były następstwem internowania i tak zwanych ścieżek zdrowia. Mimo tego nigdy nie przestał pomagać ludziom.
Przez całe życie jeździł na spotkania zielarzy i zjazdy zielarskie, należał do związków zielarskich i nieustannie się uczył. Marzył o napisaniu książki o ziołach, ale zawsze brakowało mu czasu. W domu zioła były wszędzie i dorastałam w ich zapachu. Przez wiele lat sama chorowałam i byłam leczona tymi samymi ziołami, które dziadek polecał swoim klientom.
Dziadka nie ma już z nami i mimo ze był on samotnikiem, kochał ludzi, naturę i zwierzęta. Mama i ja w jakiś sposób nadal kontynuujemy to, co zaczął pamiętając, od czego wszystko się zaczęło.
I chyba właśnie dlatego Usvahalla wygląda dziś tak, a nie inaczej.