Królowe Lunchu

  • Home
  • Królowe Lunchu

Królowe Lunchu Redaktorka i dziennikarka znanych magazynów dla kobiet w poszukiwaniu idealnego lunchu! Stukot jej szpilek wprawia w drżenie każdego restauratora.

Razem z koleżankami krytykuje, chwali, plotkuje. A na deser: recenzje książek, filmów i seriali!

Nie jest tajemnicą, że Królowa Lunchu Monika uwielbia kuchnię meksykańską. :) Nie ma to jak ostra papryczka chilli wypal...
16/02/2022

Nie jest tajemnicą, że Królowa Lunchu Monika uwielbia kuchnię meksykańską. :) Nie ma to jak ostra papryczka chilli wypalająca podniebienie, żeby ustawić się do pionu i zyskać radość życia oraz hart ducha. Sama pichcę w chacie od lat przeróżne frykasy w stylu Tex-Mex w oparciu o najbardziej crazy przepisy, sama te przepisy też tworzę i przekształcam metodą prób i błędów, chociaż oczywiście założenia danej potrawy pozostawiam w miarę "oryginalne", żeby przypadkiem kartel meksykański nie nasłał na mnie z zemsty jakiegoś Asesino, który by mnie poćwiartował za profanację ich Cociny. Powiem tylko tyle, że o mój dip z papryczkami jalapeño i sekretnym miksem serów ludzie się zabijają, ale przepisu nie ujawnię, choćby mnie przypiekali na ruszcie. :)
Kierowana moją gorącą amor do kuchni Meksyku, zwiedziłam chyba już wszystkie meksykańskie knajpy w Warszawie. I cóż, po wielu rozczarowaniach, wracam do jednej - Rico! Tę bezpretensjonalną dwupoziomową restaurację na rogu Jana Pawła i Anielewicza z salką także w piwnicy, w której ukryć się może spoko para kochanków z pierwszych stron gazet, odkryłam już 3 lata temu, kiedy dopiero startowali. Wcześniej w tym miejscu restauracje zmieniały się ponoć z częstotliwością narzeczonych niejakiego Barona, więc trochę się bałam, że Rico podzieli ich los. Ale nie, 3 lata i going strong! Rozczarowują od czasu do czasu, ale powiedzmy, że to drobiazgi, które można im wybaczyć. W ciągu tych 3 lat menu oczywiście trochę się zmieniło, niektóre dania usunięto - jak np. ku rozpaczy mojego ukochanego połówki ziemniaków zapiekane z boczkiem i serem - ale też niezbyt fortunne skrzydełka, które smakowały nieco kwaśno i bez oklasków. Na szczęście wprowadzono udane nowości i zostały evergreeny - po pierwsze: genialne w swej prostocie, przepyszne i absolutnie kaloryczne Chilli Poppers (22 zł), czyli smażone w panierce zielone papryczki jalapeño ze śmietaną, serkiem śmietankowym i serem Cheddar. Jeżeli Wasze języki nie są przyzwyczajone do papryczek, to musicie uzbroić się w dzban wody albo od razu margarity (rzetelnie mocnej i orzeźwiającej! BTW mój Tata, gdy usłyszał, że kocham margaritę to stwierdził, że już chyba lepiej... walnąć się młotkiem w głowę 😁), ale koniecznie musicie spróbować. Po to tam jeżdżę :) Lemoniady do gaszenia pragnienia niestety nie polecam - klasyczna cytrusowa (14 zł) smakowała nieco sztucznie, jak z koncentratu cytrynowego.
Z klasycznych dań polecam niezmiennie: Quesadillę Tex Mex Pork (33 zł) z grillowaną karkówką, papryką, marynowaną cebulą i ananasem, który dodaje cudownie słodkiego posmaku. To wariacja na temat słynnej tradycyjnej wieprzowiny Al Pastor (czyli dosłownie: w pasterskim stylu), marynowanej w soku z ananasa z miksem ziół, papryczką guajillo i pastą achiote. Zwykle podaje się ją z tacos, w Rico tacos z wieprzowiną są zrobione jednak inaczej (z dodatkiem awokado, a poza tym to nie są kukurydziane tacos tylko pszenne, śmiem twierdzić!), dlatego wybieram quesadillę. Ostatnio próbowałam też Quesadillę Beef (33 zł) z wołowiną i mango, ale według mnie nie równa się z Tex-Mex i jest za... słodka nawet dla tak przesłodkiej istoty jak ja.
Następne w kolejce zwykle czekają Tacos z krewetkami (43 zł), choć nie jest to moje ulubione danie, które wcinałabym z lubością codziennie do końca świata w jakimś meksykańskim kurorcie. Ostatnim razem panierka panko swoją grubością mnie przeraziła, stopień zesmażenia krewetek też nastroił mnie ponuro, poza tym kwestionuję także dodatek coleslawa z czerwonej kapusty... Dużo bardziej wolę łączenie z krewetkami np. salsy z mango i kolendrą. Rozumiem, że ten coleslaw to jest taki polski swojski twist. :) Ale warto się skusić!
Ukochany w tym czasie zajada niezmiennie non stop od 3 lat Burrito Chilli Con Carne (32 zł) i naprawdę twierdzi, że choć zmierzył mazowieckie od Wisły po Liwiec, to w Rico jest najlepsze burrito ever. Przede wszystkim: pysznie doprawione, bez kilogramów ryżu (który namiętnie tonami wkładają w innych miejscach). Chilli Con Carne to w ogóle narodowa potrawa Texasu inspirowana Meksykiem, czyli danie Tex-Mex. Jeśli przygotowujesz je w domu, a nie lubisz czerwonego mięsa, to możesz wymienić mielone mięso wołowe na... mielonego indyka (ale o tym cicho sza!), wtedy zaoszczędzisz na kaloriach i będziesz żyć w iluzji, że tak jest zdrowiej. A zapewniam, że smakuje tak samo niebiańsko :) Choć zaraz pewnie za te bluźnierstwa dostanę zakaz wstępu do Mexico.
Co jeszcze warto wypróbować w Rico? Na pewno Rico Nachos Na Patelni (38 zł), chociaż mam wielkie ale! Bo: kiedy byłam z innymi Królowymi Lunchu w Rico we wrześniu chyba zeszłego roku, to ogromnie mi smakował ten stosik pysznych kukurydzianych nachosów z toppingami typu: grillowany boczek, szarpany kurczak, mango, awokado, pasta z fasoli, cheddar, mozzarella, jalapeño, śmietana. A dlatego, bo nachosy były ich domowej roboty i to było "czuć". Natomiast niestety ostatnio nachosy były z torebki i to nie było za dobre :) Nachosy gotowe są zwykle piekielnie słone albo obsypane bóg wie jakimi wzmacniaczami smaku i nie komponują się tak extra jak zwykła choćby tortilla kukurydziana krojona na trójkąty i smażona w głębokim (!) tłuszczu. Mam więc nadzieję, że Rico wróci do "domowych" nachosów...
A zatem - jeśli masz ochotę posmakować meksykańskich przysmaków, pędź do Rico. Tam naprawdę jest pysznie, świeżo, "na bogato", z przyprawami, papryczkami, marzeniami, fajną młodą obsługą i "tym czymś" :) Viva Mexico!

Wtajemniczeni wiedzą, że chociaż pozuję na twardzielkę à la komandoska z Nawarony, to w głębi duszy jestem megaromantycz...
11/02/2022

Wtajemniczeni wiedzą, że chociaż pozuję na twardzielkę à la komandoska z Nawarony, to w głębi duszy jestem megaromantyczką, która co prawda nie chlipie na każde miauknięcie kotka i każdy całusek na szczycie Empire State Building w komediach miłosnych, ale jednak potrafię uronić łzę podczas filmowego seansu (na przykład kiedy umarł Iron Man - ja szlochałam, a mój syn zdrajca - fałszywy fan Iron Mana, jak się okazało - siedział w kinie ze zblazowaną, obojętną miną).
Tym razem mając już od tygodni w pniu mózgowym wpisaną hitową balladę J.Lo "On My Way", wyobrażałam sobie, że pewnie będę zbierać łzy do chusteczki, oglądając jej najnowszą komedię "Marry Me" ("Wyjdź za mnie"). Dziś premiera! 🙂 Ale... jedyne łzy, które ocierałam z kącików oczu, diabelnie uważając przy tym, by nie zmazać makijażu, to były łzy ulgi, że film się skończył. Nie wierzę sama w to, co piszę. Ale niestety...
Oczywiście uspokajam fanów boskiej J.Lo: ponieważ wielbię tę cudowną latynoską divę od lat, kibicuję jej muzycznej karierze od pierwszego singla "If You Had My Love" z 1999 roku z pierwszego albumu "On the 6", a filmowej od czasów "Anakondy", podziwiam ją szczerze za charyzmę, siłę przebicia i liczne talenty - to oświadczam, że absolutnie, dla niej samej wybrać się na ten film wręcz trzeba i należy. Historyjka natomiast jest nie tyle zdrowo naciągana, co... nudna (chociaż w kinie udawałam, że się nie nudzę i surowym tonem napominałam ziewającą obok przyjaciółkę, że swoim ziewaniem obraża J.Lo).
Oto Kat Valdez, megagwiazda latynoska (czyli ekranowy odpowiednik samej Jennifer Lopez) na oczach 20 milionów fanów i followersów zostaje okrutnie zdradzona przez swojego narzeczonego Bastiana (w tej roli słynny muzyczny gwiazdor kolumbijski Maluma, który już brał wcześniej udział w wielu wspólnych przedsięwzięciach z J.Lo). Kat i Bastian mieli pobrać się na oczach tłumu na gigantycznym koncercie, ale niestety.... wymuskany narzeczony divy wolał kręcić z jej asystentką w kuluarach, więc Kat w ostatnim momencie na żywo decyduje się wysłać go do diabła i zastąpić na ślubnym ołtarzu lekko podstarzałym poczciwcem, którego spontanicznie wybiera z tłumu widzów. Wybranek - niczym niewyróżniający się nauczyciel matmy w szkole podstawowej, samotny ojciec Charlie Gilbert (Owen Wilson) - akurat przypadkiem trzymał poster z napisem "Wyjdź za mnie", wręczony mu przez 12-letnią córkę Lou (Chloe Coleman), wielką fankę Kat. Na scenie odbywa się ich szybki ślub, a na widowni i w sieci wybucha prawdziwe szaleństwo i burza domysłów...
Następnego dnia Kat wpada na pomysł: zamiast od razu anulować to "Małżeństwo od pierwszego wejrzenia", spróbuje poznać bliżej Charliego i zdecydować, czy może przypadkowo są dla siebie stworzeni. Jej świeżo upieczony mąż - naiwny cywil w crazy świecie show-biznesu - wcale nie jest zachwycony tym pomysłem (to jego krygowanie się było tak bez sensu, że już wspinałam się na wyżyny cierpliwości. W końcu KTO BY NIE CHCIAŁ poślubić Kat vel Jen? Chyba tylko id**ta 🙂 Oczywiście jednak Charlie się zgadza, ale zaznacza sto razy, że nie robi tego dla kasy, tylko honorowo, bo chce pomóc Kat odzyskać wizerunek, który nadszarpnęła sobie tym "shotgun wedding" na koncercie z no-namem, czyli nim samym.
Kat i Charlie spędzają więc razem trochę czasu, diva zabiera go na różne imprezy, belfer więc ma okazję otrzeć się o wielki świat, on jej za to przypomina, jak wygląda zwyczajne normalne życie, zaprasza ją do szkoły na zajęcia swojego kółka matematycznego, kadzi jej, że niepotrzebne jej doczepy, sztuczne rzęsy z norki, bo jest taka ładna jaka jest, zabiera ją na szkolny bal... No i podczas pewnego romantycznego wieczoru z winylową płytą z musicalu "Camelot", którą uwielbiała jego mamusia (trochę creepy) w tle, ich usta łączą się wreszcie w drżącym pocałunku (tutaj przyjaciółka wcześniej non stop pytająca: kiedy seks?, nawet trochę płakała, ale ja twardo nic, zero łez, więc była zdumiona i zaniepokojona wręcz tym faktem).
No więc nietrudno się domyślić, że po wspólnej nocy biedny belfer wpada po uszy, chociaż udaje, że ho ho, on nie pasuje do takiej wielkiej gwiazdy (no cóż, koszule flanelowe i sztruksy, w które wbili Owena Wilsona styliści nie dodawały mu uroku...), on tylko matma, wychowywanie dziecka, spacerki z psem i pogaduszki z koleżanką Parker (Sarah Silverman), reprezentantką nurtu LGBT w filmie. Ale na drodze naszej pary jeszcze pełno turbulencji...
Owen - w sumie weteran rom-comów - niestety ewidentnie czuje się w tym filmie obco i nieswojo. Normalnie ma sporo wdzięku (dla koneserów, ja tam nigdy za nim nie przepadałam, chyba że w komedii "Polowanie na druhny", którą uwielbiam). Ale w "Wyjdź za mnie" nie dość, że wygląda jak przyblakły bohater jednej z komedii Richarda Curtisa, to jeszcze chodzi po tym ekranie jakby był po sporej dawce środków usypiających. Kurka wodna, wyobrażam sobie, że na widok Kat/Jen, każdy facet, w którego żyłach płynie prawdziwa czerwona gorąca krew to szaleje, miota się, wariuje i od razu energia w niego wstępuje, a Owen łaził jak niedołęga i wcale o miłość Kat nie walczył, tylko prawie już w pewnym momencie chciał ją nawet sam wepchnąć w ramiona Bastiana (który oczywiście wrócił tropem Kat jak bumerang), bo znowu coś ględził o tym, że on i Kat do siebie nie pasują.
Było trochę brak tej chemii 🙂
Ten film jest oczywiście peanem na cześć Jennifer Lopez i tak należy go odebrać. Też bym sobie taki film chętnie nakręciła na swoją własną cześć, więc nie ma się co dziwić, że J.Lo, która "Marry Me" wyprodukowała, włożyła w niego maksimum: swoich hitów, zmysłowych póz i min, oszałamiających strojów, zbliżeń na swoją nieskazitelną twarz i figurę. Ma 52 lata i NIC JEJ NIE ZATRZYMA! I to podziwiam! Kobieta-rakieta! Love, love, love!
Jako skuteczne antidotum na ten film muszę sobie jednak na pewno zapodać teraz jakiś krwawy thriller albo film akcji, najlepiej z całym plutonem żołnierzy albo oddziałem Navy Seals.
Ale pomimo wszystko, POLECAM zakochanym/przyjaciółkom/fankom J.Lo (jak ja). 🙂 idźcie kochani, idźcie i... płaczcie.

Nie ukrywam, że do oglądania filmu NIGHTMARE ALLEY (Zaułek Koszmarów) zachęcił mnie wywiad z Bradleyem Cooperem, odtwórc...
07/02/2022

Nie ukrywam, że do oglądania filmu NIGHTMARE ALLEY (Zaułek Koszmarów) zachęcił mnie wywiad z Bradleyem Cooperem, odtwórcą głównej roli Stantona Carlisle'a, mentalisty i hochsztaplera. Bradley opowiadał z "pewną nieśmiałością" o tym, że nakręcił scenę, w której pokazał się zupełnie nago i rozprawiał o tym w wywiadzie 3 godziny, więc sami rozumiecie, że moje oczekiwania były wygórowane. Tymczasem minęło 2,5 godziny filmu i na moje nieśmiałe (w końcu głupio pytać o to ukochanego obok): "hmm, ale on miał być nago, to gdzie i kiedy to było, oszukali mnie!"..., ukochany z cierpliwością (ale i ze sztyletami w oczach) wyjaśnił mi, że owa słynna scena z nagim przyrodzeniem Bradleya miała miejsce już na początku, kiedy jego bohater zażywał rozkoszy kąpieli w wannie u spirytystki Zeeny (znakomita Toni Collette) i to przyrodzenie było widoczne przez odmęty mydlanej wody ponoć rzekomo przez pół sekundy, czego ja pół ślepa nie zauważyłam. To o tej scenie Bradley rozprawiał na 2 szpalty w Variety? Hmmm...
A teraz na poważnie!
"Zaułek Koszmarów" to remake kryminalnego filmu noir z 1947 roku, a zarazem ekranizacja książki Williama Lindsaya Greshama. Trzeba przyznać, że reżyser Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Kształt wody) jak zwykle stworzył wizualnie perfekcyjny i pełen nastroju film, choć scenariuszowo ten obraz neo-noir pozostawia trochę do życzenia.
Stanton Carlisle to czarujący socjopatyczny manipulant, który ambitnie pnie się po drabinie kariery w wędrującym lunaparku pełnym dziwaków i odmieńców. Najniżej w tym przybytku stoi tzw. geek - uzależnione od zmieszanego z o***m whisky bezdomne biedaczysko żyjące w klatce, którego zadaniem jest odgryzanie kurzych łbów na oczach zszokowanego tłumu widzów. W ten świat wprowadza naszego seksownego Stantona/Bradleya szef lunaparku Clem (jak zwykle brawurowy Willem Dafoe), który doskonale zna naturę ludzką, skażoną różnymi żądzami i uzależnieniami. Clem uczy Stantona, że rozpoznając słabości i nałogi innych ludzi, można ich kontrolować. Nasz piękny chłoptaś potem trafia pod opiekę Zeeny, u której najpierw bierze tę brzemienną w skutki kąpiel 🙂 To jasnowidzka, która wróży z kart Tarota. To ona dostrzega w nim pierwsza jego niebywały urok osobisty i uczy go, jak może go wykorzystać, żeby manipulować innymi. Pod okiem jej partnera alkoholika Pete'a, Stanton uczy się profesji "mentalisty", czyli sztuczek czytania ludziom w myślach. Nasz bohater za chwilę zakochuje się w Molly (Rooney Mara), dziewczynie, która też zna się na sztuce manipulacji - prądem elektrycznym. Namawia ją, żeby opuścili lunapark i stworzyli swój własny "mentalistyczny" numer dla bogatej elity...
Dwa lata później podczas swojego mentalistycznego numeru spotyka tajemniczą femme fatale Lilith Ritter (Cate Blanchett), której już demoniczne imię powinno zapalić w jego głowie cały sznur czerwonych lampek, ale oczywiście nie zapala, bo Lilith jest tak kusząca w swoich sukienkach oblewających jej ciało jak słodkie syropy, że cały rozum Stantona opuszcza... Lilith namawia go na współpracę: jako psycholożka zna wszystkie tajemnice swoich bogatych klientów, które ujawni mu za cenę... jego własnej psychoterapii na jej welurowej kozetce. Stanton oczywiście ochoczo się zgadza i dzięki tajnym informacjom osiąga niesamowity sukces jako spirytystyczne "medium", zgarnia góry pieniędzy, a przy okazji wplątuje się w zabójczą sieć Lilith. Chciwość i żądza manipulowania innymi ludźmi pochłania go jednak do tego stopnia, że nie widzi, że tak naprawdę zwodzi i oszukuje samego siebie...
Jeśli nie widzieliście oryginału, czyli filmu z 1947 roku z legendarnym Tyronem Powerem w roli głównej, to polecam Wam wersję z Bradleyem. Co prawda pierwsza połowa filmu - mimo sceny z wanną - dłużyła się jak korek w Alejach, ale jednak moje oczy przeżywały wizualny orgazm, bo to, co stworzył na ekranie Guillermo i jego ekipa - scenografia, zdjęcia, światło, nastrój noir - jest mistrzowskie.
Poza tym muszę powiedzieć jedno: z zainteresowaniem obserwuję karierę Bradleya od ról w typowych sztampowych hollywoodzkich komediach typu "Polowanie na druhny" przez ambitniejszy występ w "Poradniku pozytywnego myślenia" czy oczywiście "Snajperze". W "Zaułku Koszmarów" pokazuje, że z łatwością wciela się w postacie cynicznych manipulantów, niebudzących sympatii u widza - co przy jego ujmującej fizjonomii przychodzi widzom (szczególnie widzkom) trudno 🙂 Na dodatek w tym filmie - jeśli mogę nieco zaspojlerować - jego bohater nie przechodzi typowego "redemption", czyli odkupienia, którego podświadomie oczekuje widownia. Zakończenie filmu jest naprawdę najlepsze i choć twist można przewidzieć od początku, to nic nie burzy tego gorzkiego zwieńczenia opowieści. Jak zawsze okazuje się, że mityczne piekło z płomieniami, które może cię pochłonąć na wieki to czasem jest twoja własna dusza.

Pomimo, że ukochany wyrywał mi pilota, bo nie chciał, żebym oglądała „Toy Boya”, tak go zdenerwował trailer z 4 prawie g...
31/03/2020

Pomimo, że ukochany wyrywał mi pilota, bo nie chciał, żebym oglądała „Toy Boya”, tak go zdenerwował trailer z 4 prawie gołymi Hiszpanami w rolach głównych, to dzielnie walczyłam i zwyciężyłam! W końcu recenzentka kulturalna MUSI obejrzeć materiał, zanim go zrecenzuje, albo tak jak ja ostatnio – zmiecie z powierzchni ziemi (nadal nie mogę się otrząsnąć po straszliwej produkcji pt. „W lesie dziś nie zaśnie nikt…”.

„Toy Boy” to hiszpański serial rozgrywający się w zjawiskowym kurorcie Marbella na Costa del Sol. Głównym protagonistą jest niesamowicie przystojny, wręcz cukierkowy Hugo Beltran (Jesus Mosquera), o twarzy tak nieskażonej myślą i logice tak prostej („słońce wschodzi, będzie dobrze, będą plony, a chmury na niebie – będzie źle, katastrofa”). Pozazdrościć w sumie. Hugo jest tancerzem w nocnym klubie Inferno, w którym prezentuje sztukę erotycznego tanecznego striptizu ze swoimi 3 serdecznymi druhami: szefem klubu Ivanem (Jose de la Torre), Germanem (Raudel Rai Martiato) i Jairo (Carlo Constanzia), który jest ideałem faceta, bo jest ładny i s*xy, ale… niemy. A wiemy, że im mniej „toto” gada, tym lepiej dla naszej psychiki.

Hugo jest w szponach gorącego romansu ze starszą od niego, wyrafinowaną, atrakcyjną i bogatą businesswoman Macareną Mediną (Cristina Castano), reprezentującą hiszpański ród „Kennedych”, której mężem jest niejaki Philip Norman (Virgil Mathet), podstarzały i lekko zdegenerowany typek. Pewnego dnia po szalonym s*x party w prestiżowym tajnym klubie Hugo budzi się na swoim jachcie (ej, wiecie, ile on zarabia za striptiz?) i odkrywa na pokładzie spalone zwłoki… męża swojej kochanki. Choć z desperacją twierdzi, że jest niewinny, dowody świadczą przeciwko niemu i piękniś trafia do pudła na wiele lat. Ale wychodzi warunkowo już po 7 latach, wyglądając tak samo pięknie, a nawet jeszcze bardziej, choć wszystkich naokoło zapewnia, że więzienie to „piekło” (a nie spa!) i w ogóle co tam się nie działo. W odzyskaniu wolności pomaga mu prawniczka Triana Marin (Maria Pedraza), która przypomina trochę „Brzydulę” z polskiego serialu, bo ma okulary i bardzo poważnie prawi na różne tematy, co ma nas przekonać, że jest bardzo mądra. I wiadomo, że jak już za parę odcinków pewnie zdejmie te okulary i zgrzebną koszulinę w paski, to od razu – eureka! - okaże się, że jest prześliczna.
Hugo oświadcza stanowczo, że za wszelką cenę rozwiąże zagadkę morderstwa Philipa i udowodni swoją niewinność, co bardzo mnie rozbawiło, bo przy jego tempie śledztwa szybciej wpadłby na trop nawet mój ukochany, domorosły Detektyw R., jak go ochrzciłam w domowych pieleszach, który gubi się po drodze do sklepu nawet z GPS-em. Kiedy Macarena przychodzi do Hugo do klubu, nasz piękniś oskarża ją o wrobienie go w zabójstwo jej męża, a po 5 sekundach już namiętnie muska jej ucho. Człowieku, ogarnij się.
Ognistej porywającej namiętności w hiszpańskim stylu i pompatycznych dialogów tu nie brakuje i dlatego ten serial ogląda się bardziej jak komediową operę mydlaną. Hugo ma nie tylko na głowie zimno-gorącą Macarenę, ale także Trianę, która już po pierwszym odcinku tak dyszy do niego pożądaniem, aż zaparowują jej okulary.
A Tobie zaparują szyby też na mur, bo czwórka megaprzystojnych kolegów striptizerów co chwilę tańczy na scenie w klubie Inferno, a to w strojach strażaków, a to w uniformach policjantów, a to w białych fartuchach, szatki lecą na prawo i lewo, pośladki i sześciopaki błyskają po oczach, aż udaru można dostać. Tylu scen epatujących męską nagością nie widziałam nigdzie! Wszyscy tu się rozbierają: od stiptizera po woźnego niemalże. Wreszcie jakaś sprawiedliwość dla kobiet. Nic dziwnego, że ukochany rzucał mi non stop groźne spojrzenia podczas upojnego binge watchingu tej historyjki na Netflixie.
W końcu robi się grubo: Hugo dowiaduje się, że zwłoki na jachcie to niekoniecznie musiał być mąż Macareny, że być może ona go wrobiła w to morderstwo, że dowody przeciwko niemu zostały spreparowane, że każdy kto udziela mu informacji w tej sprawie, ginie… a prawniczka Triana została wyznaczona do prowadzenia jego sprawy pro bono przez szefową swojej kancelarii wcale nieprzypadkowo, a pani Maria Rojas, szefowa konkurencyjnego imperium, która nienawidzi Medinów, też kręci swoje lody (bez podtekstów;)…
Jednym z głównych wątków jest jeszcze problemik z depresyjnym nastoletnim synem Macareny, Andreą (Juanjo Almeida), który ma standardowo buntowniczo włosy pofarbowane na zielono, kolczyki wszędzie, punkowy strój i wkurza swoją matkę na każdym kroku. Jedyny, który go rozumie to niemy Jairo… Ten facet to skarb.
Ten serial ma sporo atutów niebagatelnych: przecudowna Marbella, piękne domy i wnętrza, ładni ludzie, seksowni mężczyźni o niespasionych kwarantanną brzuchach, którzy nie padają jak muchy po 5-minutowym tańcu z piłą czy gaśnicą, słońce, palmy, morze. Nie oczekujcie logiki, w scenariuszu jest więcej dziur niż w pończochach kabaretkach. Ale można przyjemnie spędzić czas, jeśli masz cierpliwość i dużo prosecco!

Po zadziwiająco - a może DZIWNIE - entuzjastycznej recenzji pewnej znanej pani dziennikarki, która zwykle wszystko kryty...
22/03/2020

Po zadziwiająco - a może DZIWNIE - entuzjastycznej recenzji pewnej znanej pani dziennikarki, która zwykle wszystko krytykuje, a tu raz była łaskawa, z pewną obawą, ale i ciekawością Królowa Lunchu Monika odpaliła na Netflixie polski horror "W lesie dziś nie zaśnie nikt". I cóż, może w owym lesie nie zasnął nikt, ale ja przed telewizorem padłam błyskawicznie i słodko chrapałam. Oglądanie filmu, który trwa 1 godzinę i 42 minuty, rozwlekłam na prawie 3 godziny, bo naprawdę nie byłam w stanie fizycznie strawić tego koszmaru... niestety nie z ulicy Wiązów ;-) tylko ze swojskiej "Na Wspólnej".
Od kołyski jako zagorzała miłośniczka kina oglądam dosłownie wszystko, a horrory, szczególnie "slashery" - pasjami. Wychowałam się na wszystkich częściach "Koszmaru z ulicy Wiązów", "Krzyku", Halloween", "Drogi bez powrotu" itd. itp. Michael Myers, Jason Voorhees i Freddy Krueger to byli moi niegrzeczni kumple, których kochałam się bać w ciemną noc. Ale to wszystko produkcje hollywoodzkie. Ostatni polski film z tego gatunku, który obejrzałam to był "Rh+", jakieś 20 lat temu, kiedy polskie kino komercyjne raczkowało. Do dzisiaj pamiętam uczucie cringe'u, które towarzyszyło mi w kinie na seansie tego wiekopomnego dzieła. Niestety " W lesie dziś nie zaśnie nikt" znowu wywołało to uczucie jak wilka... z lasu. I nic nie pomoże, że PODOBNO MIAŁ TO BYĆ PASTISZ SLASHERÓW. Taki to pastisz jak pasztet z Biedry. Gdzie dowcip, gdzie oryginalność???
Cóż my tu mamy w tym naprawdę koszmarnym filmie? Zlepek scen - niby "inspiracji" - z innych znanych horrorów m.in. "Wzgórza mają oczy", "Teksańska masakra piła mechaniczną", "Krzyk", "Piątek 13", "Droga bez powrotu", a nawet serial "Dead of Summer", który został po jednym sezonie skasowany na amen czy horror sci-fi "Venom". Reżyser Bartosz M. Kowalski (znany z debiutanckiego "Placu zabaw") przyznaje się oczywiście beztrosko i ochoczo do zapożyczeń z innych filmów, ale ja wolałabym, żeby WYMYŚLIŁ COŚ NOWEGO, COŚ WŁASNEGO. A tu d**a.
Jedyny chyba jeszcze niezużyty na maksa pomysł to pomysł wyjściowy w scenariuszu - grupa dzieciaków uzależnionych od multimedialnych gadżetów i sieci wyjeżdża... i tu już wchodzi klisza dalej: na obóz "odwykowy" w lesie, który jest tak naprawdę lekcją survivalu w trudnych warunkach (namioty, jezioro, ognisko, kleszcze, siku w krzakach - kiedyś dla mnie jako harcerki prawdziwy raj ;-) Mamy tu Zosię Wolską (Julia Wieniawa), która ma za sobą ciężkie przeżycia osobiste i dlatego zapewne w pewnym momencie filmu odsłania pocięty nadgarstek (komunikat wołami pisany do widowni) - i ja też przyznaję miałam ochotę ciąć się jak ona oglądając ten film. Jest Julek - typowy nerd w okularach, bardzo sympatyczny i nieźle zagrany przez Michała Lupę, prześliczna i zjawiskowa Aniela (Wiktoria Gąsiewska), na którą naprawdę jest bardzo przyjemnie popatrzeć, bo tak jak Pan Tomasz Raczek napisał o Michele Morrone z "365 dni" - ona "tryska radością nad własną fizycznością". Jest też obowiązkowo przedstawiciel grupy LGBT, czyli Bartek (Stanisław Cywka) i z drugiej strony spektrum hej-do-przodu-mięśniak vel Daniel (Sebastian Dela). Plus kilka żelaznych postaci polskiego kina, czyli Gabriela Muskała, Wojciech Mecwaldowski, Piotr Cyrwus czy Olaf Lubaszenko. Pewnego dnia grupa rusza wraz z opiekunką Izą (Gabriela Muskała) na kilkudniowy biwak i natrafia na potwora, który po kolei ich morduje (ku mojemu gorącemu aplauzowi i dopingowi!). Ale zamiast ciarek strachu jest znowu cringe. Scenariusz się sypie niemal od początku, a ponieważ znam oryginalne slashery na wylot, to mnie już wkurzały te polskie nieudane zapożyczenia, klisze i pseudoukłony w stronę kultowych filmów. Główny duet potworów- zmutowanych morderców był naprawdę niestraszny, a kilka efektów specjalnych np. odcięta głowa pewnej postaci tocząca się po glebie wywołało raczej paroksyzm śmiechu. NOPE NOPE NOPE! POLECAM JAKO TABLETKĘ NASENNĄ, JEŚLI MASZ KŁOPOTY ZE SNEM!
PS W recenzji pewnego znanego portalu (spidersweb.pl) napisali, że to film "dla miłośników Stranger Things i Goosebumps". LUDZIE?! CO WY BIERZECIE???

Sezon letni w pełni, upał wraca, wszędzie ogródki, miłość kwitnie w powietrzu, więc szampańsko-proseccowy nastrój powini...
18/07/2019

Sezon letni w pełni, upał wraca, wszędzie ogródki, miłość kwitnie w powietrzu, więc szampańsko-proseccowy nastrój powinien dopisywać Królowej Monice, ale niestety - po wizycie w restauracji meksykańskiej Loco Mexicano wpadła biedaczka w humor tak czarny jak bezgwiezdna i ponura noc w sterroryzowanym przez kartel Mexico City. Dawałam tej knajpie kilka razy szansę w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Dawno temu na początku było OK, ale ostatnie 3 wizyty - wszystkie w tym roku - hmmmm...
Kiedy ostatnim razem wczesną wiosną o godz. 17 w niedzielę pani w restauracji beztrosko oznajmiła, że "kurczak" się skończył, powinnam była wziąć sobie jej słowa do serca i ruszać na koniku hen, hen, daleko za te meksykańskie niziny i już nie wracać. Ale że jestem raczej łaskawą Królową Moniką (Królowa Cercei nie miałaby litości...), w zeszłą niedzielę niesiona letnim wiatrem wróciłam pod strzechę Loco i tym razem już po godzinie nerwy miałam w strzępach.
Po pierwsze - na dwie lemoniady trzeba było czekać ponad 40 minut. Zamówiłam lemoniadę ananasową, a mój syn - klasyczną. Niczym jednak totalnie się te dwie lemoniadki nie różniły od siebie - ananasowa to była klasyczna, tylko wrzucono do niej garść ananasa pokrojonego w kostkę. Syn dostał 2 plastry cytryny. Zero liści mięty... Ludzie obok - i wszyscy inni - dostawali swoje driny szybko, ja z dzieckiem i ukochanym czekaliśmy i czekaliśmy jak Penelopa na Odyseusza. I nie kituję ani nie przesadzam - ponieważ w niedzielę jest w Loco danie za free dla dzieci, wydaje mi się, że właśnie to nas "pogrążyło". Dania główne bowiem dostaliśmy po przeszło 75 minutach... podczas gdy wszyscy dookoła zajadali się po uszy, chociaż przyszli grubo po nas. Gdybym umiała robić na tamborku, to bym już pewnie wyhaftowała w tym czasie kilka meksykańskich serwet. Ale nie umiem.
W tym momencie jak się domyślacie, dobrotliwa Królowa Monika wcieliła się w Królową Cercei. I na dodatek - polędwiczki z kurczaka z wiórkami kokosowymi były prawie spalone na wiór i suche niczym moje usta czekające wieki na lemoniadkę, a frytki byly przesmażone (cena za to danko dziecięce normalnie 19 zł). I niestety podobno nie było już... ryżu (a chcieliśmy wymienić na niego frytki). Nie ma ryżu?! WTF?! Nie ma ryżu w Meksyku?!
Moje tacos z wieprzowiną, ananasem i cebulką (28 zł) były ledwo ciepłe, bez limonki, prawie bez cebulki... z kilkoma kosteczkami tego samego ananasa, którego dodano do mojej niby "ananasowej" lemoniady. Tylko ukochany Królowej chwalił swoje Chili Con Carne (29 zł), bo rzeczywiście było smaczne i dobrze doprawione.
Ale pretensje mam głównie nie o ten baaardzo długi czas oczekiwania - który tym bardziej wydawał się nie fair, skoro w restauracji było tylko kilka stolików zajętych, kiedy przyszliśmy, a potem wszyscy inni dostawali swoje jadło, a my dziwnym trafem nie - lecz o totalny luz i brak zainteresowania kelnerów. Kiedy pewnego dnia czekałam na swoje danie w innej restauracji i trochę się przedłużało (ale nie o 75 minut!), pan kelner dał dziecku frytki do przegryzienia, a mnie przeprosił, że "troszkę wyjątkowo się przedłuża".
W Loco mają superdekorację - na jednej z kanap siedzi kościotrup w sombrero. Czyżby też kiedyś czekał biedaczyna na swoje zamówienie i się nie doczekał?

Królowe Lunchu WRACAJĄ Z WIELKIM BANG! Czas przebudzić się na wiosnę! Wszystko kwitnie w ogrodzie Królowej Moniki, więc ...
08/04/2019

Królowe Lunchu WRACAJĄ Z WIELKIM BANG! Czas przebudzić się na wiosnę! Wszystko kwitnie w ogrodzie Królowej Moniki, więc do tych pięknych magnolii i kwiatów czereśni pasuje tylko lekki, leciutki późny śniadanko-lunch. Gofry chrupiące tak elegancko, że żadna dama im się nie oprze! I truskawki. Albo konfitura pomarańczowa (taka boska jak na zdjęciu!).

W tym roku Wasze ukochane Królowe Lunchu obiecują, że: będą zwiedzać najpiękniejsze miejsca lunchowe w Polsce i na świecie, będą smakować, chwalić albo krytykować, a poza tym dołożą swoje autorskie przepisy na śniadanka, lunche i romantyczne kolacje! Królowa Monika kocha kulinarne zrywy artystyczne (szczególnie kiedy jest w romantyczno-buntowniczym nastroju, a to zdarza jej się bardzo często 😉) i wtedy jej kuchnia płonie!

Dołożymy też recenzje KSIĄŻEK, SERIALI I FILMÓW! Bo nie ma to jak finezyjna lektura przy finezyjnym lanczyku!

STAY TUNED! 😘

GOFRY MONIKI - przepis!
1,5 szkl. mąki; 2 łyżki cukru pudru; 1 łyżka cukru pomarańczowego (moje odkrycie!); 2 łyżeczki proszku do pieczenia; hojna szczypta soli. Wymieszać w misce. W drugiej misce wymieszać: 2 jajka; pół szkl. oleju z pestek winogron; 1 szkl. mleka. Dodawać do mąki, energicznie mieszając. Nakładać łyżką do gofrownicy. Piec 3 minuty. ❤

Królowe Lunchu się nie poddają, ale uparcie walczą z jesienną, depresyjną aurą ;-) I chyba nie ma nic lepszego na coraz ...
17/11/2017

Królowe Lunchu się nie poddają, ale uparcie walczą z jesienną, depresyjną aurą ;-) I chyba nie ma nic lepszego na coraz zimniejsze wieczory niż odrobina hiszpańskiego słońca i przysmaków rodem z ojczyzny Pabla Picassa, Enrique'a Iglesiasa i Penelope Cruz! Dlatego królowa kultury Monika i królowa wiceszefowa Małgosia wybrały się do TAPAS Gastrobar, żeby przy białym winie i wykwintnych smakołykach wyobrażać sobie, że jesteśmy w cudownej Barcelonie, tańczymy flamenco i krzyczymy radośnie: "¡Olé!" wywijając kolorową spódnicą z falbanami u boku latynoskiego przystojniaka. Monika zamówiła El Boqueron Frito, smażone narybki, czyli maluśkie rybki, które smakują jak esencja Morza Śródziemnego. Są kruche, słone i łypią oczkiem zalotnie (16 zł). Potem skusiła się na Coca De La Morcilla, czyli płaski, dość twardy, ale kruchy podłużny placek z kaszanką hiszpańską, kozim serem, papryczką i cebulą (17 zł). Raportowała, że smakowite, acz nieco za dużo cebuli ;-) Małgosia delektowała się za to kaszanką hiszpańską w cieście filo, czyli Morcillą (16 zł), a potem zażądała burgera La Hamburgesa del Tapas (27 zł), który oceniła jako znakomity - szczególnie przypadł jej do gustu lekko pikantny sos. Zakochanym wzrokiem wpatrywała się z lubością w burgera oraz zerkała w stronę kuchni, żeby sprawdzić, czy hiszpański kucharz jest równie apetyczny ;-) Nasz werdykt: Jest pysznie, stylowo i gorąco! Polecamy! I wrócimy na pewno!

Address

Ul. Giełdowa 5

01-031

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Królowe Lunchu posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Business

Send a message to Królowe Lunchu:

  • Want your business to be the top-listed Interior Service?

Share